Powrót

"Uwaga, Śmieciarka Jedzie" - wywiad z laureatką konkursu Klimatyczny Człowiek Roku 2025

30.04.2026

Kiedy w 2013 roku Dominika Szaciłło zobaczyła przy śmietniku krzesła z lat 50., nie przypuszczała, że ten moment zapoczątkuje największy w Polsce ruch ponownego użycia rzeczy. Jej spontaniczna decyzja o założeniu grupy w mediach społecznościowych "Uwaga, Śmieciarka Jedzie" przerodziła się w ogólnopolską społeczność liczącą dziś ponad milion użytkowników i 314 lokalnych grup, ratującą setki tysięcy przedmiotów rocznie przed trafieniem na wysypiska. W rozmowie z nami opowiada o drodze od pojedynczego posta do powołania fundacji oraz o tym, jak oddolna inicjatywa może zmieniać system gospodarowania odpadami w Polsce.

Dominika Szaciłło

Zaczęło się od krzeseł wystawionych pod śmietnik. Co sprawiło, że zamieniła Pani tę konkretną sytuację w ogólnopolski ruch społeczny?

Zaczęło się od mojej własnej potrzeby i niezgody na marnowanie. Szybko okazało się, że rzeczy do uratowania jest znacznie więcej, a chętnych, żeby dać im drugie życie, również nie brakuje.

Społeczność zaczęła naturalnie rosnąć i jednocześnie pokazywać skalę problemu. Skala ilości zupełnie nowych rzeczy wyrzucanych do śmieci przestały być wiedzą dostępną tylko pracownikom zakładów komunalnych. Zdjęcia tych przedmiotów zostały pokazane publicznie i zaczęły krążyć w milionowej społeczności.

 „Uwaga, Śmieciarka Jedzie” to dziś sieć ponad 300 lokalnych grup i ponad milion użytkowników. Jak wyglądał proces przechodzenia od spontanicznej inicjatywy w mediach społecznościowych do tak dużej i trwałej społeczności?

To nie był jeden zaplanowany proces, tylko raczej seria kolejnych kroków, które wynikały ze skali.
Najpierw zaczęły się zgłaszać osoby z innych miast, powstawały kolejne grupy, administratorzy grup zaczęli tworzyć zespoły, wymieniać się wiedzą.

Na początku to była spontaniczna inicjatywa, ale wraz ze wzrostem zaczęły pojawiać się nowe problemy – moderacja, zasady, konflikty, odpowiedzialność. To zaczęło pochłaniać coraz więcej czasu, ale jednocześnie rosły też możliwości realnego wpływu.

Pierwszym momentem przejścia było wyróżnienie w plebiscycie Lirene „Kobieta. Innowacja. Natura”. To dało pierwsze środki i pozwoliło wyjść z trybu „gaszenia pożarów” w stronę bardziej świadomego działania, szkoleń, myślenia o tym, jak to ma wyglądać w dłuższej perspektywie.

Kolejnym krokiem było wsparcie Fundacji Ashoka, które zmieniło perspektywę na bardziej systemową. Przestało chodzić tylko o to, żeby rzeczy krążyły między ludźmi, a zaczęło o to, jak wpływać na cały system gospodarowania rzeczami i odpadami.

Dzięki temu wsparciu mogłam razem z wolontariuszami dopracować wizję i podjąć decyzję o powołaniu fundacji. Jej rolą nie było przejęcie społeczności, tylko wsparcie administratorów w ich pracy i budowanie trwałych zmian, które wykraczają poza same grupy, w kierunku systemowego zarządzania rzeczami niepotrzebnymi.

Wspomniała Pani o wsparciu Fundacji Ashoka. Jak to wyróżnienie wpłynęło na Pani dalsze działania i rozwój całej sieci?

To był moment zmiany perspektywy.
Do tego czasu działałam głównie reaktywnie, odpowiadając na to, co się pojawiało w społeczności. Ashoka dała mi przestrzeń, żeby się zatrzymać i spojrzeć na to, co robimy, w sposób bardziej systemowy.

Najważniejsze było to, że mogłam poświęcić temu projektowi pełną uwagę. Bez rozpraszania się między różnymi zadaniami, tylko z możliwością uporządkowania kierunku, zdefiniowania, co jest naprawdę kluczowe i gdzie ten ruch może mieć największy wpływ.

Drugą rzeczą była zmiana skali myślenia. Z poziomu „działają grupy” na poziom „jak zmienić system”. Jak wpłynąć na sposób, w jaki zarządzamy rzeczami, zanim staną się odpadem.

To też był moment, w którym razem z wolontariuszami dopracowałam wizję i podjęliśmy decyzję o powołaniu fundacji. Dzięki temu możliwe stało się nie tylko utrzymanie tego, co już działa, ale też budowanie narzędzi, współpracy i rozwiązań, które mają szansę działać długofalowo.

Podkreśla Pani, że każda uratowana rzecz to nie tylko oszczędność zasobów, lecz także lekcja i zmiana nawyków. Jakie aspekty edukacji klimatycznej są według Pani najważniejsze w codziennym funkcjonowaniu Śmieciarki?

Najważniejsze jest to, że ta edukacja dzieje się przez działanie, a nie przez deklaracje.
Ludzie nie uczą się z raportów, tylko w momencie, kiedy oddają albo odbierają konkretną rzecz. Zaczynają widzieć, że to, co dla nich jest niepotrzebne, dla kogoś innego ma realną wartość.

Drugi ważny element to urealnienie skali. Kiedy widzisz setki ogłoszeń dziennie i zdjęcia nowych rzeczy trafiających do śmieci, trudno dalej traktować to jako marginalny problem. To konfrontuje z rzeczywistością.

Trzecia rzecz to realna zmiana decyzji. Nie dlatego, że ktoś „wie więcej”, tylko dlatego, że ma alternatywę. Może najpierw zapytać w grupie zamiast kupować. I robi to nie tylko z powodów finansowych, ale coraz częściej świadomie, żeby nie generować nowych rzeczy.

Bardzo ważny jest też aspekt edukacji społecznościowej. Uczymy się, patrząc na innych. To, że ktoś oddaje, szuka, naprawia, korzysta ponownie, staje się najsilniejszym sygnałem, że to jest normalne i możliwe. Ten społeczny dowód działa znacznie mocniej niż jakiekolwiek kampanie czy komunikaty „z góry”.

I wreszcie odpowiedzialność. Śmieciarka uczy, że to, co kupujemy i wyrzucamy, nie znika. Każda decyzja ma konsekwencje, ale też każdy ma realny wpływ, bo może ten obieg zamknąć w swoim codziennym działaniu.

Rocznie użytkownicy grup ratują setki tysięcy przedmiotów, co przekłada się na około 35 tys. ton rzeczy, które nie trafiają na składowiska odpadów. Czy te liczby zmieniają sposób, w jaki instytucje publiczne lub biznes patrzą na ponowne użycie i gospodarkę obiegu zamkniętego?

Mam poczucie, że tak, te liczby robią wrażenie i zmieniają sposób patrzenia. Nagle okazuje się, że ponowne użycie to nie jest niszowa aktywność kilku osób, tylko realny strumień rzeczy liczony w dziesiątkach tysięcy ton.

Jednocześnie mam wrażenie, że rzeczywista skala wciąż nie do końca dociera i bywa odbierana jako coś trochę nierealnego. Bo to się dzieje poza systemem, oddolnie, bez dużej infrastruktury i bez formalnych mechanizmów raportowania, do których przyzwyczajone są instytucje.

To powoduje pewne napięcie. Z jednej strony rośnie zainteresowanie i gotowość do współpracy, z drugiej ten obszar nadal nie jest w pełni uwzględniany w politykach i modelach biznesowych.

A to jest właśnie ten moment, w którym dzieje się największa efektywność, zanim rzecz stanie się odpadem. I dopóki tego etapu nie zaczniemy traktować poważnie, będziemy głównie zarządzać skutkami, a nie przyczynami.

Jakie wyzwania stoją przed Panią i całym ruchem w najbliższych latach? Czy widzi Pani obszary, w których Śmieciarka może jeszcze mocniej wpływać na polską kulturę niemarnowania?

Największe wyzwanie to utrzymanie jakości przy tej skali. Ponad 300 grup to setki administratorów, tysiące interakcji dziennie, różne konteksty lokalne. To działa dlatego, że ludzie dbają o zasady, ale to też wymaga stałego wsparcia i uważności.

Drugie wyzwanie to przejście z ruchu oddolnego do trwałego elementu systemu, bez utraty jego sensu. Czyli jak budować stabilność finansową, współpracę z instytucjami i biznesem, a jednocześnie nie zabić tej prostoty i dostępności, która jest jego siłą.

Trzecia rzecz to wpływ systemowy. Dziś działamy głównie na etapie „zanim coś stanie się odpadem”. Kolejny krok to wejście w rozmowę o tym, jak projektowane są rzeczy, jak działa handel, jakie są regulacje. Bo bez tego będziemy cały czas reagować na nadprodukcję, zamiast ją ograniczać.

Widzę też duży potencjał w dalszym wzmacnianiu kultury współdzielenia jako czegoś normalnego. Nie jako alternatywy „dla chętnych”, tylko jako oczywistego pierwszego wyboru, najpierw sprawdzam, czy ktoś ma, oddaję, zanim wyrzucę.

I jeszcze jedna rzecz, która jest mniej widoczna, ale kluczowa, to wsparcie ludzi, którzy ten ruch tworzą. Administratorów, wolontariuszy. Bez nich to się po prostu nie wydarzy. Jeśli chcemy realnego wpływu, to musimy zadbać o to, żeby oni mieli narzędzia, przestrzeń i energię do działania.


 

{"register":{"columns":[]}}