Dziś takich matrosów już nie ma
17.07.2026
W zakolu rzeki zapada zmrok. Holownik stoi przy brzegu. Wokół tylko krzaki, trzcinowiska i plusk bobrów uderzających ogonami o wodę. Do domu daleko, ale marynarz nie może po prostu zamknąć statku i wrócić na noc. Statek pozostaje jego odpowiedzialnością. Tak przez lata wyglądała codzienność Jana Kowalewskiego podczas rejsów na Wiśle, Narwi czy Pisie. Dziś, po ponad pięćdziesięciu latach pracy na wodzie, kapitan żeglugi śródlądowej jest nie tylko świadkiem własnej historii zawodowej, ale także przemian całej polskiej żeglugi śródlądowej.
W osiemnastym odcinku podcastu „PoWody do rozmowy – prostym językiem o gospodarce wodnej” o przemianach polskiej żeglugi śródlądowej na przestrzeni ostatnich 50 lat oraz o pracy i życiu na wodzie z osobistej perspektywy opowiada Jan Kowalewski – kapitan żeglugi śródlądowej i pracownik Zarządu Zlewni w Giżycku.
Posłuchaj na Spotify:
Kiedy Mazury były przede wszystkim miejscem pracy
Współczesne Mazury kojarzą się głównie z żaglami, marinami i wakacyjnym wypoczynkiem. Trudno uwierzyć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu były przede wszystkim miejscem intensywnej pracy związanej z utrzymaniem i rozwojem dróg wodnych.
Kiedy Jan Kowalewski rozpoczynał swoją karierę na początku lat siedemdziesiątych, wiele portów dopiero powstawało, kanały wymagały przebudowy i pogłębiania, a przedsiębiorstwa gospodarki wodnej dysponowały rozbudowanymi flotami jednostek roboczych. W portach stały pogłębiarki, barki, szalandy, holowniki i jednostki mieszkalne. W jego zakładzie pracowało kilkudziesięciu marynarzy, a w sezonie niemal nieustannie prowadzono prace na jeziorach, kanałach i rzekach.
Dzisiejszy obraz Mazur jest zupełnie inny. Dominują jachty, motorówki i statki pasażerskie. Infrastruktura, która dawniej powstawała dzięki ciężkiej pracy załóg roboczych, służy obecnie przede wszystkim turystyce. To właśnie przejście od budowania do utrzymania istniejących obiektów jest jedną z największych zmian, jakie zaszły na przestrzeni ostatniego półwiecza.
Zawód, którego uczono na pokładzie
Droga Jana Kowalewskiego do zawodu marynarza nie była efektem rodzinnych tradycji. Do pracy na wodzie zachęcili go starsi koledzy, którzy dostrzegli w nim potencjał i wprowadzili w nieznany wcześniej świat żeglugi. Pierwszy rejs odbył na Śniardwach. Możliwość prowadzenia dużej jednostki i odpowiedzialność związana z nawigacją szybko sprawiły, że postanowił związać swoją przyszłość z wodą.
W tamtych czasach zawodu uczono się przede wszystkim poprzez praktykę. Najważniejszym miejscem zdobywania wiedzy był pokład statku. Młodzi marynarze poznawali tajniki fachu pod okiem doświadczonych matrosów i kapitanów. Uczyli się wiązania lin, wykonywania splotów, obsługi urządzeń pokładowych, manewrowania jednostkami oraz rozwiązywania problemów pojawiających się podczas codziennej pracy.
Znaczna część tych umiejętności była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Nauka opierała się przede wszystkim na samodzielności i praktyce. Młodzi marynarze często musieli samodzielnie dochodzić do rozwiązania problemów, a doświadczenie zdobywano podczas wielotygodniowych rejsów i pracy przy różnorodnych zadaniach.
Parowa pogłębiarka, która pamiętała XIX wiek
Pierwszym miejscem pracy Jana Kowalewskiego była pogłębiarka „Pyton” – jednostka wyjątkowa nawet jak na realia swojej epoki. Została zbudowana w 1898 roku i była napędzana maszyną parową. Kiedy zakończyła służbę w latach osiemdziesiątych XX wieku, miała niemal sto lat.
„Pyton” był pogłębiarką kubełkową. Jej działanie przypominało pracę ogromnej mechanicznej koparki. Łańcuch stalowych kubełków wybierał osady z dna jezior i kanałów, a wydobyty materiał trafiał na szalandy – specjalistyczne barki służące do transportu urobku.
Utrzymanie takiej jednostki wymagało rozbudowanego zaplecza logistycznego. Potrzebne były dostawy węgla dla kotłów, jednostki pomocnicze oraz załogi obsługujące cały proces pogłębiania. Dziś podobne zadania realizowane są przez nowoczesne statki wyposażone w hydraulikę, dźwigi i specjalistyczne urządzenia robocze. Historia „Pytona” pokazuje jednak, jak długą drogę przeszła technologia wykorzystywana w gospodarce wodnej.
Jak budowano współczesne Mazury?
Turysta przemierzający dziś mazurskie szlaki wodne mija porty, przystanie i umocnione kanały, nie zastanawiając się zazwyczaj nad tym, jak powstały. Tymczasem jeszcze kilkadziesiąt lat temu wiele z tych miejsc znajdowało się dopiero na etapie planowania. Zadaniem załóg statków roboczych było przygotowanie infrastruktury od podstaw.
Przedsiębiorstwa gospodarki wodnej pogłębiały akweny, wzmacniały brzegi i transportowały materiały budowlane. Usuwano stare konstrukcje, w tym pozostałości infrastruktury z okresu przedwojennego, a następnie instalowano nowe umocnienia i zabezpieczenia.
Znaczną część materiałów przewożono drogą wodną. To właśnie barki i holowniki dostarczały betonowe pale, elementy konstrukcyjne, drewno oraz ciężki sprzęt niezbędny do realizacji inwestycji. W efekcie powstawała infrastruktura, która dziś jest oczywistym elementem krajobrazu Wielkich Jezior Mazurskich.
Mazury sprzed epoki silników
Jednym z najbardziej charakterystycznych obrazów dawnych Mazur są kanały pełne żaglówek pozbawionych silników. W czasach, gdy napędy motorowe nie były powszechne, żeglarze często musieli przeciągać swoje łodzie przez kanały ręcznie. Holowniki i statki robocze nierzadko pomagały zmęczonym załogom, biorąc kilka lub nawet kilkanaście jednostek na hol.
Był to świat znacznie spokojniejszy od współczesnego. Na wodzie dominowały jachty żaglowe, a tempo przemieszczania się po szlaku wyznaczały siła wiatru, umiejętności załogi i warunki pogodowe. Dzisiejsze Mazury, pełne nowoczesnych jednostek wyposażonych w silniki o dużej mocy, są pod tym względem zupełnie innym miejscem.
Rzeka wymaga większej pokory niż jezioro
Choć większość swojej kariery Jan Kowalewski spędził na Mazurach, wiele lat pracował również na Wiśle, Narwi i Pisie. Praca na rzece znacząco różni się od żeglugi jeziorowej. Oprócz wiatru i fal trzeba uwzględniać siłę nurtu, zmieniające się głębokości, odsypy piasku, mielizny oraz przeszkody podwodne.
Transport ciężkich zestawów roboczych wymagał dużego doświadczenia i doskonałej znajomości szlaku. Kapitan uczestniczył między innymi w pracach związanych z zabezpieczaniem infrastruktury w rejonie elektrowni Kozienice. Przez wiele miesięcy barki przewoziły kamień i sprzęt wykorzystywany do odbudowy uszkodzonych umocnień. Wielodniowe rejsy po Wiśle czy Narwi dawały możliwość poznawania nowych akwenów, ale jednocześnie stawiały przed załogami znacznie większe wymagania niż żegluga jeziorowa.
Ludzie, którzy kruszą lód
Jednym z najmniej znanych obszarów działalności żeglugi śródlądowej są akcje lodołamania. Na wielu polskich rzekach lodołamacze stanowią ważny element ochrony przeciwpowodziowej. Ich zadaniem jest rozbijanie pokrywy lodowej i kry mogącej tworzyć niebezpieczne zatory. Praca na lodołamaczu wymaga doświadczenia i precyzji. Operowanie ciężką jednostką wśród przemieszczających się mas lodu należy do najbardziej wymagających zadań w żegludze śródlądowej.
Jan Kowalewski przez wiele sezonów uczestniczył w takich działaniach na Wiśle, przede wszystkim w rejonie Włocławka. W okresie zimowym załogi pozostawały w pełnej gotowości, a rozpoczęcie akcji oznaczało konieczność natychmiastowego stawienia się na jednostce.
Szacunek do wody
Przez ponad pięćdziesiąt lat służby kapitan wielokrotnie przekonał się, że nawet pozornie spokojne jeziora mogą być niebezpieczne. Najtrudniejsze sytuacje zdarzały się podczas silnych wiatrów i sztormów. Szczególnie groźne było holowanie zestawów roboczych po dużych jeziorach, gdy ogromne znaczenie miała wytrzymałość lin i umiejętności załogi.
Po gwałtownych burzach zdarzało się również uczestniczyć w akcjach ratunkowych, holowaniu uszkodzonych jednostek czy sprawdzaniu, czy w przewróconych łodziach nie znajdują się ludzie. Wieloletnie doświadczenie nauczyło go jednej podstawowej zasady: woda wymaga szacunku. Niezależnie od tego, czy jest to niewielkie jezioro, czy duża rzeka, lekceważenie warunków pogodowych może prowadzić do bardzo niebezpiecznych sytuacji.
Niewidzialni strażnicy szlaków
Współczesna praca marynarzy związanych z gospodarką wodną różni się od tej wykonywanej przed kilkudziesięciu laty. Dziś głównym zadaniem jest utrzymanie istniejącej infrastruktury wodnej i zapewnienie bezpieczeństwa użytkownikom szlaków.
Załogi Wód Polskich zajmują się między innymi ustawianiem i konserwacją oznakowania nawigacyjnego, usuwaniem powalonych drzew, lokalizowaniem przeszkód podwodnych oraz reagowaniem na zgłoszenia dotyczące zagrożeń dla żeglugi.
Po wichurach konieczne jest sprawdzenie kanałów i jezior, usunięcie konarów oraz wymiana uszkodzonych znaków i boi. Prace te pozostają niemal niewidoczne dla turystów, choć to właśnie dzięki nim szlaki wodne pozostają bezpieczne. Paradoksalnie najlepiej wykonana praca jest tą, której użytkownik w ogóle nie zauważa.
Świat, który powoli odchodzi
Wspomnienia Jana Kowalewskiego pokazują również przemiany samego zawodu marynarza rzecznego. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu był to liczny i bardzo zintegrowany zawodowo świat. Porty tętniły życiem, załogi liczyły dziesiątki osób, a marynarskie święta stanowiły ważny element środowiskowej tradycji.
Dziś liczba osób wykonujących ten zawód jest znacznie mniejsza. Zmieniła się technologia, organizacja pracy i charakter zadań wykonywanych przez załogi. Nie zmieniły się jednak cechy, które zdaniem doświadczonych marynarzy pozostają fundamentem tego zawodu: odpowiedzialność, samodzielność, umiejętność współpracy i szacunek dla żywiołu.
Drugi dom
Kapitan Kowalewski wspomina ludzi, którzy po raz pierwszy wypływali na otwarte mazurskie jeziora. Początkowy lęk szybko ustępował zachwytowi nad przestrzenią, ciszą i pięknem krajobrazu. Dla wielu osób kontakt z wodą staje się doświadczeniem, które zmienia sposób patrzenia na otoczenie. Dla Jana Kowalewskiego tak stało się ponad pół wieku temu.
Kiedy rozpoczynał swoją zawodową drogę, po mazurskich jeziorach pływały parowe pogłębiarki pamiętające XIX wiek, a porty wypełniały barki i holowniki. Mazury były przede wszystkim miejscem pracy – ciężkiej i często niewidocznej, ale niezbędnej do utrzymania dróg wodnych. Dzisiaj po tych samych jeziorach pływają tysiące jachtów, motorówek i statków pasażerskich. Powstały nowoczesne mariny, rozwinęła się turystyka, a charakter żeglugi śródlądowej znacząco się zmienił. Nie zmieniło się jednak jedno – potrzeba ludzi, którzy rozumieją wodę i potrafią o nią dbać.
Historia Jana Kowalewskiego jest historią takiego właśnie człowieka. Ale jest też historią całego pokolenia marynarzy śródlądowych, którzy przez dziesięciolecia budowali, utrzymywali i chronili polskie drogi wodne. Dzięki ich pracy współcześni żeglarze mogą bezpiecznie przemierzać mazurskie jeziora, często nie zdając sobie sprawy, jak wiele wysiłku kryje się za pozornie naturalnym krajobrazem szlaków wodnych.