Prof. Mirosław Wielgoś dla Pulsu Medycyny: Cięcie cesarskie to nie „łatwiejszy poród”
03.06.2026
Czy cięcie cesarskie rzeczywiście jest bezpieczniejszą i łatwiejszą alternatywą dla porodu drogami natury? Jakie są przyczyny rosnącej liczby cesarskich cięć w Polsce i jakie konsekwencje zdrowotne niesie ten trend dla kobiet oraz ich dzieci?
Na te pytania w rozmowie z „Pulsem Medycyny” odpowiada prof. dr hab. n. med. Mirosław Wielgoś – kierownik Kliniki Położnictwa i Perinatologii Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA.
Poniżej publikujemy fragment wywiadu. Całość dostępna jest na stronie Pulsu Medycyny.
Według najnowszych danych NFZ i e-zdrowia z lat 2024/2025 odsetek cięć cesarskich w Polsce oscyluje wokół 48 proc., a w niektórych regionach przekracza 55-60 proc. Jak Pan interpretuje te dane na tle zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), które wskazują na poziom 10-15 proc.?
Nie jest tajemnicą, że odsetek cięć cesarskich w Polsce jest bardzo wysoki – należy do najwyższych w Europie. Stanowi to odzwierciedlenie globalnych tendencji, jednak nasz kraj znajduje się niestety w niechlubnej czołówce. Wyprzedzają nas prawdopodobnie jedynie Cypr i Turcja. Wskaźniki zalecane przez WHO, oscylujące wokół 10-15 proc., z całą pewnością są dla nas całkowicie nieosiągalne. Teoretycznie właśnie taki poziom cięć cesarskich jest uznawany za uzasadniony medycznie, ale dzisiaj – z wielu powodów – nie jest on realny. W Europie jedynie Islandia, Holandia i Norwegia osiągają wskaźniki zbliżone do tego pułapu. W pozostałych krajach przekraczają one 20 proc.
Kiedyś głównymi powodami cięcia cesarskiego były m.in. położenie miednicowe płodu lub brak postępu porodu. Dziś coraz częściej mówi się o tzw. wskazaniach pozapołożniczych. Jak obecnie wygląda hierarchia wskazań i jak duży odsetek stanowią tzw. cięcia na życzenie?
Przesłanki stricte położnicze od wielu lat utrzymują się na stałym poziomie. Pewnym wyjątkiem jest wspomniane położenie miednicowe płodu. Dawniej wieloródki w takiej sytuacji mogły rodzić drogami natury, natomiast obecnie automatycznie kwalifikuje się je do cięcia cesarskiego.
Rzeczywiście dominują dziś tzw. wskazania pozapołożnicze. Kiedyś były to przede wszystkim wskazania okulistyczne, ale ten problem został w praktyce znacząco ograniczony. Opracowano bowiem konsensus okulistyczno-położniczy, który jasno definiuje sytuacje wymagające operacji – i wcale nie ma ich tak dużo. Pojawiają się natomiast inne tego typu wskazania: ortopedyczne, neurologiczne, a nawet – co wydaje się absurdalne – laryngologiczne.
Jeżeli chodzi o cięcia cesarskie „na życzenie”, trudno ocenić, jaki odsetek stanowią, ponieważ zgodnie z obowiązującymi przepisami i rekomendacjami taka kategoria formalnie nie istnieje. Procedurę tę najczęściej sankcjonuje się rozpoznaniem tokofobii, czyli panicznego lęku przed porodem. Kobiety, które z określonych powodów nie chcą rodzić drogami natury, uzyskują – zazwyczaj bez większych problemów – zaświadczenia od lekarzy psychiatrów. Można powiedzieć, że tokofobia stała się obecnie zmorą oddziałów położniczych. Oczywiście są sytuacje, w których znajduje ona uzasadnienie w stanie psychicznym lub emocjonalnym pacjentki, ale niestety nie zawsze tak jest. Położnik nie ma jednak możliwości podważenia takiego wskazania do cięcia cesarskiego, chociaż to on podejmuje ostateczną decyzję i ponosi konsekwencje ewentualnych powikłań – zarówno śródoperacyjnych, jak i odległych. A ich lista, zarówno w przypadku matki, jak i dziecka, wcale nie jest mała.